Ks. Stryczek: Markowanie pracy to oszustwo

– Biorąc do kieszeni pieniądze niewspółmierne do naszego wysiłku występujemy przeciwko uczciwości – mówi portalowi Fronda.pl ks. Jacek Stryczek, duszpasterz ludzi biznesu. 

Ks. Jacek Stryczek

Ks. Jacek Stryczek

Czy bogacenie się jest grzechem? Wolałbym zadać to pytanie w odwróconej formie – czy niebogacenie się jest grzechem? Jeśli wnikliwie przyjrzymy się ewangelicznym zaleceniom, dojdziemy do wniosku, że to właśnie niebogacenie się jest złe. Dbanie o pieniądze wielu wydaje się być podejrzane, tymczasem jest dokładnie odwrotnie!

Pamiętamy wszyscy kontrowersyjną scenę z Ewangelii, kiedy Jezus chwali nieuczciwego rządcę. – Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny – puentuje Chrystus. Co to oznacza? Jezus wymaga od nas pewnego sprytu, zaradności życiowej. Ten, kto będzie potrafił rozsądnie zarządzać swoimi zasobami kto umie zadbać o środki potrzebne do życia, ten jest na dobrej drodze, by jego pieczy powierzyć sprawy Królestwa Niebieskiego.

Jezus chce, abyśmy potrafili sobie radzić w życiu, to znaczy, że mamy być zaradni także pod względem finansowym. Jeśli ktoś nie ma tej zdolności, to oczywiście trudno mówić o tym w kategorii grzechu ciężkiego, ale niewątpliwie ta niezaradność jest pewnego rodzaju zaniedbaniem. Jak powierzyć komuś wielkie rzeczy, jeśli nie potrafi rozsądnie gospodarować swoimi pieniędzmi?

Rzecz ma się bardzo podobnie w kontekście biblijnej przypowieści o talentach. Pan pochwalił tego sługę, który pod jego nieobecność potrafił rozmnożyć podarowane mu pieniądze, a nie zakopał je w ziemi i bezczynnie czekał. Potępiony jest ten, kto nie zajmował się pomnażaniem talentów (czyli pieniędzy: talent to ok. 34 kg złota)

Kiedy jednak dbanie o pieniądze staje się duchowym zagrożeniem? Wtedy, kiedy wartość naszego życia zaczynamy mierzyć wartością posiadanych pieniędzy. Wartość człowieka w żaden sposób nie zależy od ilości zarabianych pieniędzy. Takie myślenie w prostej drodze prowadzi do zatracenia samego siebie. Grzech popełniany także wtedy, gdy na drodze tego naszego bogacenia się zaczynamy krzywdzić naszych bliźnich.

A co wtedy, kiedy deklarujemy się jako bardzo wierzący, pobożni katolicy, a w pracy zaniedbujemy nasze obowiązki? Hołdujemy staremu porzekadłu „zarobić, ale się nie narobić”? To oczywiste, że biorąc do kieszeni pieniądze niewspółmierne do naszego wysiłku występujemy przeciwko uczciwości. Podpisując umowę zobowiązujemy się do rzetelnego wykonywania naszych obowiązków. A markowanie pracy to zwyczajne oszustwo, kłamstwo.

Ten grzech ma również drugi wymiar – markując pracę zaniedbujemy nasze talenty, siły, środki. Bez podejmowania wyzwań stoimy w miejscu, nie rozwijamy się, czyli de facto, grzeszymy. Ewangelia, kiedy naucza o grzechu, nie mówi o nim w sposób statyczny. Grzeszysz jeśli zabiłeś, ukradłeś, zdradziłeś, etc. A jeśli nie zabiłeś, nie ukradłeś, nie zgrzeszyłeś, to też grzeszysz. Nie robiąc nic marnujesz swoje talenty, czyli marnujesz życie.

Pięknie o etyce pracy mówił Jan Paweł II. Zawsze podkreślał, że praca rozwija człowieka, czyni go wartościowym, pokazuje, jakimi jesteśmy ludźmi.

Rozmawiała Marta Brzezińska

O. Alexiewicz: Kiedy odchudzanie staje się grzechem?

Kiedy dbanie o własny wygląd przestaje być czymś naturalnym, a zaczyna szkodzić? Gdzie leży granica pomiędzy głodówką, poszczeniem a robieniem krzywdy własnemu ciału? O tym, kiedy odchudzanie staje się grzechem portalowi Fronda.pl mówi dominikanin, o. Tomasz Alexiewicz, duszpasterz osób uzależnionych. 

O. Tomasz Alexiewicz OP

O. Tomasz Alexiewicz OP

Pytanie o to, kiedy odchudzanie staje się grzechem, jest pytaniem wtórnym. Najpierw należałoby danemu człowiekowi postawić pytanie o bożków. Dziś wciąż mówi się o kulcie ciała, młode dziewczyny zewsząd słyszą: „Musisz być piękna! Musisz być zgrabna!”. Drugim takim po kulcie ciała bożkiem jest młodość. Oszustwo, jakiego dopuszczają się media polega na kreowaniu kultu młodości poprzez pokazywanie ludzi sztucznie pięknych, de facto – sztucznie młodych. Hołdowanie temu bożkowi wynaturzonej wyobraźni sieje w człowieku wielkie spustoszenie.

 

Po drugie, w obecnych czasach obserwujemy, może nie tyle kult zdrowia, co nadużywanie tego pojęcia. W imię karykaturalnie pojętego dbania o zdrowie wpaja się człowiekowi, że musi być szczupły, mieć zgrabne kształty. Fakt medyczny, że otyłość jest większym problemem, wcale nie oznacza, że wszyscy muszą być tak samo chudzi.

Dopiero tutaj możemy mówić o anoreksji, czyli odchudzaniu, które już staje się grzechem. To zaburzenie, na które wpływa nie tylko złe rozumienie pojęcia „zdrowie”, ale także relacje z otoczeniem, z naszymi najbliższymi – rodziną. Często anoreksja bywa reakcją na popsute relacje rodzinne.

W sytuacji, kiedy mamy do czynienia z zaburzeniami postrzegania samego siebie ważna jest nie tylko pomoc dobrego lekarza, ale również psychologa, bo osoby, które na to cierpią potrafią w nieskończoność przesuwać wyznaczone sobie granice. I tak, dziewczyna stając przed lustrem widzi kilkadziesiąt żywej wagi, podczas gdy waży zaledwie 20 kg. Ważna, a jednocześnie chyba najtrudniejsza, jest praca nad rodziną chorej osoby. Często zdarza się, że trwa ona uparcie w przekonaniu, że wszystko jest w porządku i nie widzi w chorobie (zazwyczaj) córki, żadnej swojej winy. Tymczasem problemy z poczuciem własnej wartości i akceptacja zazwyczaj zaczynają się w gronie najbliższych. Człowiek odrzucony przez rodzinę, to człowiek odrzucony przez cały świat.

Jest oczywiście różnica pomiędzy głodzeniem, które staje się robieniem samemu sobie krzywdy, a głodówką, która ma właściwości lecznicze i oczyszczające. Są przecież ośrodki (także rekolekcyjne), które oferują takie posty. Odbywają się one zazwyczaj pod ścisłą kontrolą lekarza. Intensywna dieta sama w sobie nie musi być zła, problem pojawia się wtedy, kiedy dbałość o kształt i wygląd ciała staje się moim bożkiem. Zawsze, kiedy spotykam na swojej drodze jakiegoś wegetarianina czy weganina, zadaję mu kilka pytań kontrolnych. Czy wyrzeka się konkretnej grupy produktów ze względów zdrowotnych, czy może przywiązuje do tego ideologię. Dla człowieka, który mówi: „Wierzę w jednego Boga wszechmogącego…” to Bóg, a nie jego własne ciało ma być na pierwszym miejscu.

Rozmawiała Marta Brzezińska

O. Tomasz Alexiewicz OP – wieloletni duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, opiekuje się grupami uzależnionych.

 

Ks. Isakowicz: Czy niewybaczenie donosicielom i Tajnym Współpracownikom jest grzechem?

Jest przykład Judasza i św. Piotra. Jeden i drugi zdradził – mówi w 6. części Małego Poradnika Grzesznika portalu Fronda.pl ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Ks. Isakowicz-Zaleski

Ks. Isakowicz-Zaleski

Prawo do wybaczenia mają tylko ofiary. Często w ich imieniu wypowiadają się w życiu publicznym osoby, które nie doznały krzywdy, ale zabierają głos jako „autorytety moralne” i wybaczają albo nie. W III RP nie doszło do wyraźnego osądzenia osób, które skrzywdziły innych. I nie chodzi o to aby kogoś skazać ale jasno powiedzieć, że komunizm był złem i ci, którzy służyli komunizmowi postępowali źle. Niestety po roku 89. procesy sądowe za strzelanie do robotników w 1970 r. czy do górników w kopalni Wujek to była kpina. Okrągły stół „uniewinnił” funkcjonariuszy SB. Ofiary więc mają poczucie podwójnej krzywdy, bo były bite, wyrzucane z pracy czy w jakiś inny sposób prześladowane i brak osądu sprawców za te czyny bardzo je krzywdzi. Pamiętam matkę zastrzelonego górnika pod kopalnią Wujek, która z Koszalina dojeżdżała przez wiele lat na Śląsk oczekując sprawiedliwości, która nie nastąpiła.

 

Od strony religijnej w wybaczeniu za krzywdy, powinniśmy się kierować jednak tym, że jest to indywidualna decyzja. To nie jest tak, że masz przebaczyć oprawcom i jest to twój psi obowiązek. Ten który krzywdził często nie rozumie osoby krzywdzonej. W Krakowie była komisja Pamięć i Troska powołana przez ks. kardynała Stanisława Dziwisza. Ta komisja jednak nigdy nie spotkała się z ofiarami. Wielu poszkodowanych działaczy „Solidarności” widzi, że ta komisja wcale nie chce z nimi rozmawiać. To pokazuje, że również działania Kościoła nie służyły temu aby przebaczyć i pojednać się w tej bolesnej sprawie. To mnie bardzo martwi, że Kościół uciekał od rozwiązywania tych problemów. Rozmyto złe działania księży. A co może czuć w sercu osoba, która w swojej teczce znalazła donos księdza na siebie?

 

„Odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – to jest wykładnia i wielu moich znajomych w głębi serca przebaczyło swoim prześladowcom, ale chcą prawdy i sprawiedliwości. Przyjęto jednak taką fałszywą zasadę, że ten kto domaga się prawdy jest mścicielem. To jest pomylenie pojęć lansowane często w mediach przeciwnych lustracji. Osoby, które są przeciwne lustracji często lękają się prawdy.

 

Zobaczyłem, jak ludzie którzy na mnie donosili po 20 latach byli wobec mnie bardzo agresywni. To pokazuje, jak duże jest zakłamanie. Ono jest większe niż wcześniej. Jak widzę, w życiu publicznym osobę zachowującą się niesłychanie agresywnie, to widzę, że jest ona wewnętrznie skłócona ze swoim sumieniem. Ona nie jest w stanie przeprosić i w swojej dawnej ofiarze widzi wroga.

 

Za pozytywny przykład mogę podać Stanisława Filoska, który na mnie nie donosił, ale na innych kolegów tak. On przyznał się publicznie do tego. Jako robotnik zachował się przyzwoiciej niż księża po studiach teologicznych, którzy dalej trwają w zakłamaniu.

 

W Niemczech ujawniono wszystkie akta Stasi. Na czele komisji badającej stanął pastor Gnauck. On mi powiedział, że zrobił to dlatego, bo jako pastor jest wolny od wszelkich nacisków politycznych. Chce wyprowadzić też z tego normy moralne i taką normą moralną jest Wielki Tydzień opisany w Ewangelii. Tam jest przykład Judasza i św. Piotra. Jeden i drugi zdradził. Jeden przeprosił i Jezus mu wybaczył. Judasz nie przeprosił i jeszcze do tego popełnił samobójstwo. Piotra Jezus uczynił pierwszym papieżem. Dla grzeszników istnieje zawsze spowiedź, wyznanie winy. Człowiek, który żyje w zakłamaniu – żyje w agresji. Trzeba się autentycznie nawrócić. Nie bać się tego. Życie w prawdzie jest inne.

Not. Jarosław Wróblewski

 

Ks. Sarbinowski: Czy posiadanie buddyjskich figurek i afrykańskich rzeźb to grzech?

Z wakacji przywozimy rozmaite pamiątki. Czy figurki buddyjskich mnichów, łapacze snów i drzewka szczęścia to tylko niewinne ozdoby czy poważne zagrożenie duchowe? W 5. części Małego Poradnika Grzesznika na pytania portalu Fronda.pl odpowiada egzorcysta, ks. Maciej Sarbinowski SDB. 

Ks. Maciej Sarbinowski SDB

Ks. Maciej Sarbinowski SDB

Bóg objawił się człowiekowi jako troskliwy i miłosierny Ojciec, żywo zainteresowany szczęściem swojego dziecka, czyli człowieka. W końcu za każdego z nas ofiarował swojego Syna, Jezusa Chrystusa. Bóg objawił człowiekowi swoją wszechmoc i potęgę, ale nie zniewolił go. Za Benedyktem XVI można powiedzieć, że Bóg wyznaczył, ale nie naruszył immunitetu ludzkiej wolności. Pozostawił człowiekowi wolną wolę, którą on sam może czasem źle wykorzystywać. Wówczas odwraca się od Życia i Prawdy i posługując się stwierdzeniem biblijnego proroka Jeremiasza, zwraca ku „popękanym cysternom”, które nie tylko nie dają mu życia, ale często są źródłem lęków.

Mało mówi się dziś o grzechu bałwochwalstwa, który bardzo często jest przyczyną ludzkich tragedii. Takie „ozdabianie” naszych domów buddyjskimi figurkami, łapaczami snów czy drzewkami szczęścia niewątpliwie do takiej puli grzechów należy. Katechizm Kościoła Katolickiego od art. 2112 wyjaśnia dokładnie, czym jest grzech bałwochwalstwa. Czytamy tam m.in., że każdy, kto korzysta z horoskopów, astrologii, przepowiedni i wróżb, czy korzysta z jakiegoś medium, grzeszy.

Jako kapłan egzorcysta jestem przekonany, że do tej płaszczyzny bałwochwalstwa należy zaliczyć także figurki buddyjskich mnichów, afrykańskie maski, drzewka szczęścia lub inne amulety i talizmany, które mają dać człowiekowi szczęście i uczynić jego życie bezpiecznym. Wszystkie te przedmioty w sposób często zawoalowany i subtelny odciągają od Życia i Prawdy, a jednocześnie ukierunkowują ku śmierci.

Współczesny człowiek nie jest świadomy, że przestrzeń tych przedmiotów, ich duchowość stoi w sprzeczności z Boskim Objawieniem i antropologią chrześcijańską. Na czym ta sprzeczność polega? Krótko mówiąc duchowość chrześcijańska zasadza się wokół Credo, mówimy, że wierzymy w Boga Ojca Wszechmogącego, Syna Jego jedynego, Pana naszego. Zaś te wszystkie przedmioty, o których rozmawiamy nie są neutralne pod względem duchowym. Za ich pośrednictwem można obcować z duchami przodków czy jeszcze innymi, a zdarza się, że mogą być duchy demoniczne. Trudno omówić szczegółowo każdą taką egotyczną pamiątkę wakacyjną, dlatego wspomnę choćby o duchowości Indian, którą zdają się przenikać demoniczne duchy.

 

A co wtedy, kiedy człowiek przywozi do domu te wszystkie egzotyczne pamiątki i trzyma je w mieszkaniu tylko ze względów estetycznych, po prostu jako ozdobę? Tu niestety nie sprawdza się słynne „cogito, ergo sum”. To nie ja kształtuję rzeczywistość już obecną, nie mam wpływu na duchowość, która już jest. Nie jestem pewien, czy te przedmioty nie zostały omodlone przez wróżbiarzy czy szamanów.

W swojej posłudze, jako kapłana i egzorcysty spotkałem się z przypadkami zniewoleń, których źródłem stało się właśnie posiadanie tego typu rekwizytów. Pamiętam, że to były afrykańskie maski, które, omodlone przez wróżbiarza stały się przyczyną cierpień mieszkańca domu, w którym się znalazły.

Jaka jest recepta, by nie przez nieświadomość albo ignorancję nie zwrócić się ku okultyzmowi? Jak mówił św. Paweł, należy unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła. Dlatego ważny jest pewien radykalizm, zarówno ten fizyczny (czyli wyrzucenie albo nawet zniszczenie wątpliwych przedmiotów), oraz duchowy (skorzystanie z sakramentu pokuty i pojednania). Zasadniczym elementem duchowego oczyszczenia jest także wyrzeczenie się bałwochwalstwa. Jeśli to nie pomoże, może okazać się, że konieczna będzie pomoc nie tylko kapłana, ale również egzorcysty.

Not. Marta Brzezińska

*Ks. Maciej Sarbinowski SDB – duszpasterz akademicki UKSW, egzorcysta diecezji warszawskiej

Ks. Moszoro: Czy grzeszymy poświęcając czas w pracy na prywatne sprawy?

Czy dobre jest załatwienie swoich spraw przez służbowy telefon, kserowanie materiałów na firmowym ksero, jeżdżenie prywatnie służbowym samochodem za służbowe paliwo? A pisanie podczas pracy blogów, komentarzy na forach czy czatach? Gdzie jest granica? O tym mówi w 4 części  Małego Poradnika Grzesznika portalu Fronda.pl, ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski, Opus Dei.
ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski

ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski

Praca opiera się na umowie z pracodawcą. On płaci nam pensję za konkretną pracę. Powinniśmy wykonywać ją rzetelnie. Nie da się wszystkich przypadków, z którymi się w pracy spotkamy zawrzeć w umowie. Wiele z tego prawa zależy od kultury, obyczaju danego kraju. Czy pracujemy solidnie, skrupulatnie czy elastycznie? Jest z tego tytułu wiele nieporozumień w korporacjach międzynarodowych. Jest ogromna różnica w podejściu do pracy np. między Włochem, a Koreańczykiem.

Jeśli pensje są bardzo niskie, mizerne to i zaangażowanie w pracę nie jest zbyt duże. Zajmujemy się wtedy czymś innym, dodatkowym żeby się utrzymać. To nie jest idealne rozwiązanie. Trzeba mieć tutaj też wrażliwe sumienie, aby nie robić tego, na co mam ochotę. To zależy też od kultury pracy danej firmy. Zdarza się, że pracodawca nie ma pretensji, że pracownik załatwia w pracy sprawy prywatne. Inny znowu będzie tym oburzony. Załatwienie swoich spraw przez służbowy telefon, drukowanie, kserowanie swoich materiałów na firmowym ksero, jeżdżenie służbowym samochodem za służbowe paliwo w celach prywatnych… czasem trzeba z tym skończyć, jeśli nie mamy na to zgody. Takie przyzwolenie może przerodzić w zwykłą świadomość kradzież. Nadużywając tego, okradamy swojego pracodawcę.

Gdzie jest ta granica? Jeśli często sam szef np. wrzuca prywatny samochód czy telefon żony w koszta firmy, dając zły przykład pracownikom. Jeśli wyniosę 10 kartek papieru czy całą ryzę jest to kradzież? Wyjątkowa przyczyna może to usprawiedliwić. Można się zapytać przelożonego o zgodę. Jeśli świadomie popełniam zły czyn – grzeszę. Powinienem w sumieniu zadawać sobie pytanie: czy jestem uczciwy w pracy? Czy powinienem być znakiem sprzeciwu wobec nieprawidłowości? Może tak, ale nie przez awanturowanie się. Można mieć wyrzuty, że wzięło się się z pracy długopis, a nie, że zmarnowało się godzinę w internecie, myśląc zupełnie o czymś innym.

Karygodne jest marnowanie czasu w pracy na inne rzeczy jak np. pisanie blogów, komentarzy na różnych forach czy czatach, a nie angażowanie się w swoją pracę. Wtedy nie jesteśmy skoncentrowani na pracy, nic w nią nie wnosimy. Problemem jest spóźnianie, przedłużanie przerw i siedzenie w internecie, jednak największy problem to lenistwo. Ludzie siedzą w pracy w internecie, a potem muszą to nadrabiać po godzinach. Ciekawe, że w przypowieści o talentach najbardziej usprawiedliwiał się ten, co nic nie zrobił.

Podano przykład szefa firmy, który sam płacił za skserowane w pracy materiały? Trzeba takie zachowanie też umieć wyważyć. Z niewolnika nie ma pracownika. Dobrze jak ludzie dobrze się w firmie czują, jak w niej wzrastają ku dobremu. Można z firmy zrobić atmosferę nie do wytrzymania, nie mając zaufania do pracowników. Chodzi o to aby firma pozwalała pracownikom wzrastać, stawać się lepszymi, aby wszyscy się wzajemnie w niej szanowali.

Not. Jarosław Wróblewski

O. Błaszkiewicz: Czy palenie marihuany jest grzechem?

– Celem palenia marihuany jest odlot. Jeśli nie ma majaków, sztucznego śmiechu czy jakichś innych objawów, to takie palenie nie zostaje uznane za udane. Ona ma wywołać określony stan, który odrywa od rzeczywistości – mówi w 3 części Małego Poradnika Grzesznika portalu Fronda.pl – o. Fabian Błaszkiewicz, jezuita, jako DJ Fabbs członek zespołu „Korzeń Z Kraju Melchizedeka”.

o. Fabian Błaszkiewiczo. Fabian Błaszkiewicz

 Marihuana to nie to samo co papierosy i alkohol. Ona odkształca świadomość. W swojej wieloletniej pracy z ludźmi uzależnionymi od adrenaliny sportów ekstremalnych, pornografii czy mediów, widzę wyraźnie, że gdy cokolwiek powoduje u człowieka odkształcenie świadomości i brak kontaktu z rzeczywistością, nazywając to hasłowo odlotem, nie tylko wywołanym substancjami chemicznymi – jest to złe. Jesteśmy stworzeni przez Boga, aby korzystać z trzeźwości swojego umysłu, żyć z Nim w świadomej łączności.

Święty Paweł mówił, żeby nie upijać się winem, ale napełniać się Duchem. Z zasady nie pali się marihuany jak papierosa, aby się odprężyć czy uspokoić. Celem palenia marihuany jest odlot. Jeśli nie ma majaków, sztucznego śmiechu czy jakiś innych objawów, to takie palenie nie zostaje uznane za udane. Ona ma wywołać określony stan, który odrywa od rzeczywistości. Jeżeli wchodzimy w to całą swoją wolą – jest to grzech. Odlot nie jest potrzebny katolikowi. My nie mamy odkształcać swojej świadomości.

W Mądrości Syracha czytamy, aby w piciu wina nie być zbyt odważnym, bo ono wielu zgubiło. Syrach dodaje, że umiarkowane picie, które ma odprężyć po zmęczonej pracy jest uzasadnione. Przekroczenie tej granicy prowadzi do zguby, bo bierze ona górę nad świadomością. Kieliszek wina czy wódki nie jest grzechem, ale celowa utrata świadomości – tak. W paleniu marihuany nie ma stanów pośrednich, np. lekkiego odprężenia. Tu chodzi o „znieczulenie się”.

Jeśli rastafarianie uważają palenie marihuany za święty obrzęd, to poprzez rozmowy z wieloma z nich, uważam, że jest to taki pokrętny, sarkastyczny argument, w który sami nie do końca wierzą. Jeżeli ktoś mi mówi, że palenie marihuany to „sakrament”, ale który ma zaatakować moralność katolicką to dla mnie jest to oszustwo. Jedna osoba powiedziała mi, że Halie Selassie jest Lwem Judy i poprzez palenie wciąga się jego ducha przyjmując jego ciało i krew. To ma bluźnierczy charakter wobec Jezusa, a z katolickim sakramentem nie ma nic wspólnego. Cytaty biblijne o zielu, też są nadinterpretacją, bo nie odnoszą się do marihuany. Nawet jakby chodziło o zioła lecznicze, to nigdzie na kartach Pisma Świętego nie wspomniano wprost o marihuanie. Akceptowanie „religijności” marihuany i branie udziału w takim obrzędzie, jest dla katolika aktem bluźnierczym.

Słyszałem o leczniczym działaniu marihuany, który ponoć uśmierza ból. Jeśli celem zażywania marihuany nie jest odlot, ale uśmierzenie bólu to nie jest to grzech. Grzech jest złem, na które z całą wolą i świadomością decyduje się człowiek. Akt palenia marihuany, żeby odjechać ze swoją świadomością, jest grzechem. Nie mówię już o uzależnieniu, które jest zniewoleniem – dodaje o. Fabian.

 

Not. Jarosław Wróblewski

Ks. Bartołd: Czy jazda „na gapę” jest grzechem?

Czy jadąc bez biletu, okradam kierowcę? Czy słuszne jest przekazywanie sobie skasowanego biletu w autobusie – cz. 2 Małego Poradnika Grzesznika portalu Fronda.pl. Dziś komentarz ks. Bogdana Bartołda, proboszcza Archikatedry Warszawskiej.

Ks. Bogdan BartołdKs. Bogdan Bartołd

– Jeżeli ktoś jedzie autobusem bez biletu z chorą osobą do lekarza czy z rodzącą żoną, jeśli był zamknięty kiosk, nie mieliśmy pieniędzy na bilet, a jednak musieliśmy pilnie jechać autobusem… czy to jest grzech? Nie, to jest usprawiedliwione. To są wyjątkowe sytuacje, nagłe, niezależne od nas. Prawo ma służyć człowiekowi. Grzech jest wtedy, gdy ktoś w sposób świadomy i dobrowolny przekracza przykazania kościelne. Możemy zawsze kupić bilet autobusowy i ofiarować nieskasowany innej osobie, jako zadośćuczynienie.

Jednak jazda „na gapę” bez biletu z pełną premedytacją jest grzechem. Można rozważać sytuacje incydentalne, gdy np. ktoś nie zdążył kupić biletu. Zasada jednak generalna jest taka, że jeśli ktoś korzysta ze środków komunikacji, czy to będzie autobus czy tramwaj, to musi sobie zdawać sprawę, że za to się płaci.

Myślę, że jest to szerszy problem. Za czasów komunistycznych wszystko była nasze i wspólne. Mocno rozpowszechnione było przekonanie, że wiele nam się należy za darmo. To myślenie nie zmieniło się radykalnie wraz z nadejściem wolności, bo zbyt wielu młodych nie szanuje prawa i kieruje się wyłącznie egoizmem.

Przecież jeśli nie kasuję biletu, to kradnę. Okradam kierowcę, bo skorzystałem przecież z jego usługi. To jakbym wszedł do baru, najadł się i nie zapłacił.

Młodzi ludzie jazdę bez biletu traktują trochę jak sport: złapią albo nie złapią. Zobaczymy. Jest adrenalina. Trzeba być jednak wiernym w małych sprawach, aby być później wiernym w dużych. Złodziej na początku nie kradnie miliona, tylko zaczyna od drobnych kradzieży. Nie ma uświęcania celu w zły sposób.

Jeśli chodzi o przekazywanie sobie skasowanego biletu w autobusach, także jest to nieuczciwością. Inaczej jedynie jest wtedy, gdy ktoś kupił bilet, nie korzystał z niego i ofiarował mi go. Patrząc na akcję protestu przeciwko drogim cenom biletów; rodzi się tu pytanie, czy tak wysokie ceny są uzasadnione, gdy jednorazowy bilet normalny w Warszawie kosztuje 3,60 zł? – dodaje ks. Bartołd.

Not. Jarosław Wróblewski

Ks. Skrzypczak: Rybka na samochodzie zobowiązuje

Czy można jechać nieprzepisowo samochodem, gdy ograniczenia prędkości wydają się być absurdalne? Czy jest to grzech? Za łamaniem przepisów drogowych stoi egoizm – mówi ks. Robert Skrzypczak w 1 części Małego Poradnika Grzesznika portalu Fronda.pl.

Ks. Robert SkrzypczakKs. Robert Skrzypczak

Wypowiadali się o tym biskupi, którzy mówili, że łamanie przepisów ruchu drogowego jest stwarzaniem niebezpiecznej sytuacji także dla innych. To ma związek z nieprzestrzeganiem przykazania „nie zabijaj”. Łamanie przepisów to grzech i należy się z tego spowiadać i nawracać.

 

A jeżeli ktoś uważa, że nie łamie przepisów, gdy przekracza prędkość, bo wszyscy tak jadą? To jest to dla mnie sofistyka. Jeżeli wszyscy plotkujemy i jeden się wyłamie, to stwarza zagrożenie społeczne? Nie. Za łamaniem przepisów drogowych stoi egoizm. Nieliczenie się z drugim człowiekiem, to jest brak miłości bliźniego.

 

Nie naśladujmy złych przykładów. Są pewne grzechy, które stają się wadami społecznymi. Grzech staje się taką wadą, jeśli wszyscy na to przystają i przestają na to reagować. Tak było w Polsce np. z kradzieżą mienia społecznego czy nieszanowaniem środowiska naturalnego. Tak jest do dziś z pomawianiem, okłamywaniem czy okładaniem się wzajemnie inwektywami.

 

Jeżeli ktoś ma naklejony na samochodzie symbol ryby, odnosząc się tym samym do znaku, jakim posługiwali się pierwsi chrześcijanie, żeby przekazywać sobie wyznanie wiary – to zobowiązuje. Jeżeli ryba oznacza ΙΧΘΥΣ, symboliczny skrót słów: Jezus Chrystus Boga Syn Zbawicielem, to pokazuje, że głoszę wiarę drugiemu człowiekowi. To zobowiązuje do określonego zachowania – dodaje ks. Skrzypczak.

Not. Jarosław Wróblewski

Więcej dowiesz się z książki „Poradnik Małego Grzesznika”